Pierwszy raz pomyślałam o tym w piątek, kiedy pierwsi uchodźcy i uchodźczynie zaczęli trafiać w bezpieczne miejsce. W sieci zawrzało, wybuchł wielki ruch pomocy w mediach społecznościowych. Jak to zwykle bywa (i dobrze, że tak bywa) ruchy oddolne stworzyły protezę na czas ustalania rozwiązań systemowych.

Zdjęcie: ckturistando on Unsplash

Z tym komentarzem postanowiłam odczekać kilka dni. Po pierwsze, sama mam tak wiele emocji, jestem tak przemęczona informacyjnie, że ostatnie dni nie opuszczał mnie ból głowy i mdłości. Bez wątpienia podobny stan towarzyszył większość osób z rozwiniętą empatią. Robiliśmy wiele rzeczy „na czuja”, więc nie czas na punktowanie błędów.
Po drugie, uważam, że są chwile, kiedy trzeba się zamknąć i zgodzić na chaos, byle działać. Dzięki temu natychmiast ruszyła lawina pomocy. Chcę to na wstępie jasno zaznaczyć: bez mediów społecznościowych skala udzielanej pomocy byłaby na pewno mniejsza.
Ale minął tydzień, biegniemy maraton, a nie sprint, więc czas na prostowanie niektórych kwestii.

Wczoraj na antenie radiowej dziennikarz zapytał mnie: Czy to dobrze, że chwalimy się w social mediach tym, jak pomagamy? Oczywiście: dzięki temu zachęcamy innych do pomocy, pokazujemy konkretne przykłady, jak pomagać, a także dodajemy otuchy tym, którzy na tę pomoc czekają (choć nie przeceniałabym tego punktu; myślę, że moje znajome z oblężonego Kijowa raczej nie widzą na swoim wallu naszych oflagowanych profilówek; wyświetlają im sie relacje innych walczących lub uciekających, algorytm FB wie doskonale, co potrzebują widzieć). Ale wiem, o co mu chodziło w tym pytaniu. I część z Was też to czuje.

Pomyślałam więc, że może już wystarczy. Odczekałam tydzień, aby napisać coś, za co może na mnie spaść grad krytycznych komentarzy, że to nie czas na krytykę, że obniżam morale. Bzdura, jeśli chcemy pomagać mądrze i długo, to najwyższy czas, by ktoś to w końcu powiedział:

Przestańmy robić sobie selfie z ocalonymi rodzinami. Uchodźcy i uchodźczynie to nie trofeum w wyścigu: kto pomaga bardziej.
Tymczasem trwa jakiś koszmarny konkurs fotograficzny „Ja i moi uchodźcy”.
Na Boga! Wojna trwa od tygodnia, ci ludzie ledwo uszli z życiem, znaleźli dach nad głową, ale gospodarze MUSZĄ zrobić sobie selfiaka z ocalonymi z wojny. Serio?

Ostatni tydzień byłam przyspawana do ekranu smartfona i widziałam mnóstwo takich zdjęć, m. in. na grupach pomocowych czy u influencerów. Na jednym z nich, przed wielką willą prezesa dużej firmy, stoi rodzina uchodźców. W opisie czytamy, że wcześniej została nakarmiona w wykwintnej restauracji, która oczywiście jest oznaczona w poście. Zasięgi muszą sie zgadzać.
Na innym widać w ciemnym samochodzie małe dzieci z mamą. Podpis autora: właśnie zgarnąłem ich do samochodu, dostały soczki, od razu się uśmiechnęły.
Czuję mdłości patrząc na te zdjęcia.

Ludzie uciekający przed śmiercią to nie małpki w zoo ani trofea w konkursie na pomagacza roku. Apeluję o poszanowanie godności uchodźców i uchodźczyń i nie proponowanie im zdjęć w tych dniach, a już na pewno nie dzielenie się tymi zdjęciami w social mediach, które pamiętają wszystko, na wieki wieków amen. Zdjęcia te mogą krążyć dalej w nieskończonej liczbie udostępnień. Twarze ludzi potwornie skrzywdzonych, którym ktoś zrobił zdjęcie tuż po przyjęciu ich pod dach. Twarze dzieci, które będą chciały o tym koszmarze zaponieć, ale może kiedyś jakiś portal w tekście o rocznicy wybuchu wojny wrzuci ich zdjęcia znalezione w czeluściach internetu. Koszmar.

Inną sprawą jest, na co właściwie gotowe są osoby, które w pierwszych dniach udzielania pomocy osobom tak straumatyzowanym, myślą w ogóle o wrzucaniu zdjęć do sieci. czy są świadome, że ta pomoc będzie potrzebna w długim dystansie? Tak długo, że już nikt nie wynagrodzi tego trudu lajeczkiem i serduszkiem, za to przyjdzie rachunek z gazowni, a przyjęte dzieci będą dalej moczyły łózko i krzyczały w nocy ze strachu. Mam powazne wątpliwości czy wszyscy ci pomagający są na to gotowi. Z tego powodu jestem zawsze za rozwiązaniami systemowymi i szukaniu dachu nad głową przede wszystkim w sprawdzonych miejscach – u rodzin poszkodowanych lub przez instytucje.

Dokumentowanie życia uchodźców i uchodźczyń zostawmy im samym oraz profesjonalnym reporterom. Nie martwcie się, tych zdjęć będzie aż nadto, niestety.

A jeśli chcecie użyć argumentu, że oni chętnie przecież „pozują” i się uśmiechają, to pozwolę sobie zauważyć, ze są to osoby w sytuacji traumy i zależności od pomagającego. Ta zależność sprawia, że nie odmówią, może nawet nie pomyślą o odmowie.

Najlepszą puentą do tego będzie zdjęcie ze schornu, które wrzuciła znana w Charkowie cukierniczka, Dinara Kasko. Umieściła je sama na swoim otwartym profilu i zgodziła się na udostępnianie. Podpisała je tak (cyt. za Ładne Bebe):

„Cześć. Od czasu do czasu schodzimy do schronu. Jesteśmy bezpieczni. Nie umiem opisać mojego życia teraz, to jest koszmar. Wczoraj mój mąż postanowił zrobić nam zdjęcie i automatycznie się uśmiechnęłam. Najwyraźniej jeszcze nie zapomniałam jak to się robi.”

Proszę, pomagajmy szlachetnie. 

(Visited 51 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.