Im więcej czasu spędzamy w sieci, tym więcej granic skłonni jesteśmy przekraczać, zwłaszcza będąc aktywnymi w mediach społecznościowych. Po ponad 30 latach intensywnego rozwoju internetu w Polsce i na świecie, czas rozprawić się z Dzikim Zachodem i zacząć wymagać od siebie i innych pewnych standardów. Jednym z nich jest poszanowanie godności oraz kształtowanie w sobie wrażliwości. Nazywam to cyfrowym sumieniem.

Zdjęcie: Patricia Prudente | Unsplash.com

O cyfrowym sumieniu opowiem dzisiaj na konkretnym przykładzie. Od pewnego czasu obserwuję w mediach społecznościowych masowy wysyp oficjalnych profili medyków, wśród nich jest wielu ginekologów-położników. Wielu z nich robi naprawdę dobrą robotę: rozprawiają się z mitami, promują profilaktykę, dostarczają wiedzy na temat rzeczywistego stanu polskiej ochrony zdrowia. Doceniam, że wychodzą do ludu – a że prawie 30 milionów tego ludu jest na Facebooku i Instagramie, to są tam także oni.

Liczną reprezentację na Instagramie ma jedna z uniwersyteckich klinik położniczych. Własne konto posiada i ordynator, i pracownicy. Jeden z nich ma nawet zajęcia dla medyków o prowadzeniu profili w mediach społecznościowych i „robieniu zasięgów”. W komentarzach widzę, że jego pacjentki czują się wyróżnione, gdy doktor na swoim profilu pokazuje ich dzieci. Te dzieci są w różnym wieku. Czasem mają kilka dni, a czasem mniej. Tak, mniej.

Facebook jako faza porodu

Dlatego ten tekst rodził się we mnie od dawna. Ponieważ na co dzień zajmuje się profilaktyką e-uzależnień i badaniem zachowań ludzi w internecie, zaczęłam uważnie śledzić kwestię pokazywania dzieci w sieci. Ale kiedy w ostatnich dniach w mediach społecznościowych zobaczyłam uśmiechniętą ginekolożkę-położniczkę, która w zakrwawionym fartuchu, w trakcie trwającej operacji, pozuje do zdjęcia z nagim noworodkiem, całym w mazi, jeszcze połączonym z matką pępowiną (!), to coś we mnie pękło.

Mam poczucie, że to właśnie rodzące się (bo przecież jeszcze nie urodzone do końca) dziecko spotyka ogromna niesprawiedliwość. Ledwie przyszło na świat, a już doświadcza przemocy, jaką jest tak bezpardonowe wtargnięcie w jego intymność i to w chwili, kiedy jest absolutnie bezbronne, bo w żaden sposób nie ma szansy zaprotestować przeciw temu nadużyciu.

Poród to ogromne przeżycie dla małego człowieka, który z bezpiecznej przestrzeni matczynego brzucha, wydobywa się na nieznany sobie świat – z ciepłego wnętrza matki, gdzie kołysały go jej ruchy, rytm jej serca i przyjemnie wytłumiony dźwięk jej głosu. Nagle doznaje bólu, ściskania, dotyku wielu dłoni w lateksowych rękawiczkach, hałasu, razi go światło, jest mu zimno. Najprawdopodobniej chce z powrotem wrócić do znanego schronienia. Niektórzy lekarze mawiają, że gdybyśmy pamiętali poród, przez długi czas żylibyśmy w traumie. Dlatego tak szybko po urodzeniu daje się noworodki matkom, żeby poczuły ciepło ich ciała, usłyszały bicie matczynego serca, poczuły dotyk jej ust i dłoni.

Cyfrowe życie płodowe

Przez dwieście tysięcy lat historii ludzkości poród traktowany był jako wydarzenie niezwykle intymne – zarezerwowane dla garstki ludzi, czasem tylko dla kobiety, akuszerki i rodzącego się dziecka. Prawo do godnego porodu, świadomość, że noworodek jest osobnym człowiekiem w prawem do prywatności, dla wielu przestaje mieć dzisiaj jakiekolwiek znaczenie. Według badania Digital Birth: Welcome to the online world na świecie aż 23% dzieci zaczyna swoje życie cyfrowe jeszcze przed narodzinami – rodzice publikują ich zdjęcia USG, kiedy są jeszcze płodami w macicy. Aż 81% procent dzieci poniżej 2 lat ma swój ślad cyfrowy – czyli obecnie w internecie informacje na ich temat w formie zdjęć, wideo czy danych osobowych – a 5% z nich posiada… własny profil społecznościowy. W Polsce zjawisko to bada dr Anna Brosch z Uniwersytetu Śląskiego. Według jej badań z 2018 roku 10% rodziców korzystających z internetu umieszcza w nim zdjęcia USG dziecka podczas jego życia płodowego. A nadmienię, że według według Eurostatu, w Polsce obecnie z internetu korzysta prawie 100% osób w wieku 16-44 lata. Jak te liczby wyglądałyby dzisiaj, w roku 2022, po 2 latach pandemii?

Warto spojrzeć z tej perspektywy na publikowanie zdjęć takich, jak sytuacja uwieczniona na profilu społecznościowym wspomnianej pani ginekolożki-położniczki. Oto maleńkie ciałko z trudem wydostało się na świat, a pani doktor natychmiast robi fotkę w celu opublikowania jej na swoim zawodowym profilu, na którym, notabene, promuje w innych postach swój prywatny gabinet i świadczone w nim zaawansowane usługi. Pępowinę odetnie się przy okazji. Sorry, bejbe, może ci zimno, ale do mamusi pójdziesz za chwilę. Najpierw lajki.

No i jeszcze ten podpis pod zdjęciem: „Tak pracuję”. Nie, nie jest tam napisane: „To Pawełek, powitajcie go”. Nie, nikt tu nie dba o pozory. Nie chodzi tu przecież o dziecko, ale o tzw. zasięgi, czyli wzbudzenie zainteresowania publiczności. A ta wiwatuje. Zdjęcie zdobywa kilkaset serduszek i komentarzy pełnych entuzjazmu. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że ten właśnie narodzony człowiek został tu sprowadzony do przedmiotu służącego budowaniu wizerunku lekarki. Patrzę na to i nie mogę uwierzyć, co się z nami stało.

Czy można publikować zdjęcia dzieci w internecie?

Chcę być tu jednak dobrze zrozumiana. Nie mam nic przeciw publikowaniu zdjęć reporterskich dokumentujących życie człowieka, na których dziecko jest zanonimizowane, a zdjęcia te dostarczają ludziom wiedzy na temat porodu. Nie odbieram również rodzicom prawa do uwieczniania na fotografiach narodzin czy dzielenia się wizerunkiem dorastających dzieci w sieci. Ależ proszę dysponować wizerunkiem własnego pociech, jest to zresztą zgodne z prawem. Będę jednak apelować do rodziców: Nie pozwalajcie ludziom robić z waszych dzieci materiały promocyjnego do mediów społecznościowych! Nie mam wątpliwości, że lekarze publikujący zdjęcia swoich maleńkich pacjentów mają zgody ich rodziców.  

Czy zastanawialiście się, dlaczego mamy tych dzieci ze zdjęć nie pozują podczas wizyty tego samego ginekologa, by ten mógł pokazać swoją codzienność? Dlaczego lekarze dermatolodzy nie wrzucają selfie z pacjentami z trądzikiem czy łuszczycą, podpisując je: „Moja codzienność”? Przecież też byłyby lajki!

Jednak żaden człowiek dysponujący swoim wizerunkiem nie zgodzi się na to. Co innego maleńkie dziecko, nagie, zmarznięte i całe w mazi, którego prawem do ochrony wizerunku rozporządzają rodzice – gwarantuje im to art. 81 us.1 Ustawie o prawie autorskim. Bardzo często rodzice publikujący zdjęcia dzieci w internecie powołują się właśnie na przysługujące im do tego prawo. I oczywiście mają rację. Warto wtedy wiedzieć, że obowiązuje nas też inny paragram – artykułu 87 i 95 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który mówi, że owszem, jako rodzice dysponujemy wieloma prawami dzieci, ale nadrzędną zasadą jest poszanowanie godności dziecka i rozporządzanie jego prawami tak, jak wymaga dobro dzieckai interes społeczny.

Jaki interes wymaga pozowania do zdjęcia z noworodkiem w trakcie trwającego porodu? Na to pytanie odpowiedź na pewno znają specjaliści od mediów społecznościowych. Ale odpowiedź na pytanie czy jest tu miejsce na godność i dobro dziecka, muszą znaleźć już sami rodzice.

Dlatego trzeba głośno mówić o potrzebie kształtowania swego rodzaju „cyfrowego sumienia”, które będzie nam przypominało, że świat internetu to nie zabawka, a nasze czyny online to właśnie… czyny. Mogą być dobre lub złe, i mogą kogoś skrzywdzić zupełnie realnie.

Te dzieci nas kiedyś z tego rozliczą. Jak 18-letni Austriak, który pozwał swoich rodziców o rozpowszechnianie w jego dzieciństwie jego zdjęć, które uznał za zbyt intymne. Tego typu sprawy toczą się już w wielu krajach. Niech to będzie przestrogą dla tych, dla których argumenty o godności dziecka i prawie do godnego przyjścia na świat nie są wystarczające.


(Visited 30 times, 1 visits today)

146 Comments

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.